Prace Edwarda Dwurnika

Galeria Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej / Blog  / Prace Edwarda Dwurnika

Prace Edwarda Dwurnika

Świat z lotu ptaka. Edward Dwurnik
Justyna Napiórkowska

Tekst opublikowany w magazynie Trendy. Art of Living (grudzień 2018)

„Edward Dwurnik (1943-2043)” -taką skróconą informację biograficzną podawał Edward Dwurnik na rewersach niektórych prac na papierze. To jeden z elementów artystycznej kreacji, żartobliwych prowokacji, gry z odbiorcami, ale i z losem. Edward Dwurnik za życia stał się legendą, artystą, który w pełni sam, odrębnie i autonomicznie wyznaczał swoją drogę twórczą. Ze swoją własną legendą, z postrzeganiem go jako artysty wybitnego także prowadził grę.
Był wiecznym neofitą, z wielką gorliwością podchodzącym do pracy każdego dnia. Widać było, że obrazy po prostu powstają, bo muszą. Dają ujście energii, która wraz z talentem była wielkim fenomenem.
Był bardzo uważny w opisie rzeczywistości i niekiedy można odnieść wrażenie, że dając obraz ogólny, nie chciał zrezygnować ze szczegółu. Stąd w obrazach z przedstawieniami z lotu ptaka pojawia się pełna introspekcja, pozwalająca zobaczyć życie we wszystkich aspektach. We wszystkich wymiarach. Obrazy stawały się barwnymi opowieściami, o narracji, która prowadzić może wzrok jak w filmie, od sceny do sceny. Był kronikarzem, który na własnych zasadach dokumentował rzeczywistość przez innych ignorowaną. Albo inaczej, rzeczywistość domagała się od niego dokumentowania, w całej swej chaotyczności, z której wychwytywał ważne kadry.
„Sportowcy” i „Robotnicy” to szczególnie cenione cykle Edwarda Dwurnika. Nie szukał motywów do obrazów, one bowiem po prostu były- wokół.
„Sportowcy to opowieść o życiu Polaka na wsi i w mieście w czasach komunizmu, za żelazną kurtyną. Namalowałem jego codzienne życie, jak wstawał rano, jechał do pracy, tam coś robił, jadł coś w przerwie, wracał do domu, umawiał się z kumplami, palił papierosy, podrywał dziewczynę, pił, chorował, handlował, kombinował, jechał na wczasy. Po prostu tak biednie żył w polskim pejzażu. Ci ludzie musieli przetrwać, więc właściwie byli wyczynowcami, byli jak sportowcy.”-mówił. Tytuł cyklu odnosił zaś do popularnych w PRL-u papierosów, „Sportów”. Stały się przyczynkiem do opisu rzeczywistości na miarę Pietera Bruegla, który dokumentował XVI-wieczne życie miast czy Jędrzeja Kitowicza, autora zabawnego, ale i porażającego „Opisu obyczajów za panowania Augusta III”. „Sportowców malowałem w społecznej pustce, szarości i beznadziei.”- dodawał Dwurnik. Nie ma wątpliwości, że do takiego tematu skłaniał go patriotyzm i wrażliwość, po to, by beznadziei się nie poddać i nie stać jej częścią.
Obrazy z cyklu „Sportowcy” stały się kultowe. Cykl „Robotnicy” zyskał miano proroczego. Na pracach z wystawy „Warszawa” już w czerwcu 1981 roku pojawiły się czołgi na ulicach miasta, zapowiadając wydarzenia z 13 grudnia. To historia, która w jakiś sposób trwa, zamknięta w przeszłości, ale przywiązana do miejsc przedstawionych na płótnach. To historia, która nie chce przeminąć, zostawiła bowiem skazę na mieście i na jego codziennym życiu. Stąd może powracające motywy w obrazach, które powstawały już w XXI wieku. Na przykład czołgi przed fasadą Zamku Królewskiego w Warszawie.
Niektóre z motywów w malarstwie Dwurnika były komentarzem do natury wydarzeń, które są po prostu powtarzalne. Jak wojna, która wydaje się – niestety- naturalnym wymysłem ludzkości i z wielką uporczywością wciąż powraca w międzynarodowej rzeczywistości. Na obrazach Dwurnik znów wyrażał to przewrotnie, prowokacyjnie : „Nich żyje wojna!”- tytułował prace, komentując ludzką skłonność do konfliktu, śmiercionośną zadziorność, manie, które budzą złe instynkty.
Na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych studiował na Wydziale Malarstwa u profesora Eugeniusza Eibischa. Dostał się także na Wydział Rzeźby do profesora Jerzego Jarnuszkiewicza. Jak mówił – znów prowokująco- to ze względu na piękne dziewczyny, które tam studiowały. Niewątpliwie jednak wpisywało się to w intensywność jego poszukiwań, w potrzebę pełnego samookreślenia siebie i swojej drogi artystycznej. Dużo mówi o celach młodego malarza treść podania o stypendium, które złożył na uczelni. W 1968 roku pisał: „Niedługo nie będzie odrębnego życia dworcowego, peryferyjnego, małomiasteczkowego, nie będzie knajp, kawiarni trzeciej kategorii. W takim razie nie będzie też człowieka znającego to wszystko, nikt nie będzie się tym zajmował(…)”. Ten tekst stał się manifestem realizowanym przez całe życie. Tematów jednak, wbrew wczesnym obawom, nie brakowało.
Pełne samookreślenie nastąpiło w połowie lat 60-tych. Edward Dwurnik zobaczył wtedy po raz pierwszy prace Nikifora Krynickiego. Najpierw w 1965 roku w Kielcach, na wystawie. Dwa lata później spotkał Nikifora w Warszawie, gdzie ten naiwny malarz, przywieziony na Akademię Sztuk Pięknych miał po prostu usiąść na ławeczce, na dziedzińcu uczelni i zacząć malować.
Dwurnik niejednokrotnie mówił o tym, że to spotkanie było jak szok, iluminacja, która wskazała mu drogę. Nikifor dał mu formę, podpowiedź jak budować obraz. Ale także zainspirował go i wprowadził na drogę konsekwentnej, w jakiś sposób gorączkowej, ale i cierpliwej pracy.
W 1967 roku odbyła się głośna wystawa Nikifora w warszawskiej Zachęcie. Po raz pierwszy w galerii narodowej pokazano artystę naiwnego, krynickiego samouka, w którym dostrzeżono geniusza. Rok później – nastąpiła seria przewrotów: Praska i Paryska Wiosna, Polski Marzec. Dwurnik właśnie wtedy poszukiwał swojej drogi twórczej, swojego języka, sposobu na przeniesienie do rzeczywistości trwałej (utrwalonej), tego co widział, czego doświadczał.
Dwurnik ukształtował się zatem gdzieś pomiędzy studiami na Akademii i poza nią. Młody, zbuntowany artysta zafascynował się Nikiforem, tak odcinając się od tego co się wówczas w malarstwie było cenione. Nikifor, całkowicie zanurzony w swoim świecie wzbudził w Dwurniku świadomość, która odtąd miała zaciążyć na jego twórczości. Oto student ASP stał się już wówczas malarzem przekonanym co do swoich celów, określonym i wyrazistym. 13 czerwca 1965 roku powstał „Rysunek numer 1”. W ten sposób otwarty został cykl „Podróże autostopem”. Dwurnik odnalazł swojego mistrza i ruszył z jego inspiracji w Polskę, żeby malować kolejne miasta.
Imponujące jest to odniesienie do Nikifora. Edward Dwurnik, jako młody malarz z wykształceniem akademickim zachwycił się twórczością artysty “naiwnego”- jego szczerością, poczuciem barw, malarską formą. Już to odniesienie sprawiło, że Dwurnik był malarzem awangardowym. Odważnym. Autentycznym i wiernym sobie.

Zapatrzenie w Nikifora okazało się trwałe. W jego autentyczność, syntetyczność. W naiwność, która oznaczała de facto klarowność i rzeczowość. Była w tym także wiara we wspólnotę sztuki. Ta sama wiara we wspólną tożsamość sztuki ukazywała się w późniejszym podjęciu idei Pollocka. W obrazach „Pollockowskich” jak amerykański malarz wylewał farbę na leżące płótno, ofiarował sobie chwile wytchnienia od rygoru obrazów miast. Uwalniał “oczy”, oddając płótno władaniu przypadku.

Z pewnością Dwurnika ukształtowała forma wypracowana przez Nikifora. Umiejętność syntezy, do której zdolny był naiwny malarz pozostający przez całe życie na progu własnego dzieciństwa. To, co u Nikifora najwybitniejsze, było całkowicie samodzielne, nie wyuczone, ale intuicyjne. Kolor, który tak czuć mogli mistrzowie weneccy i wielcy polscy koloryści, poddał się panowaniu krynickiego samouka. To musiało zachwycić Dwurnika; spotkanie Nikifora było jakby dotknięciem autentyczności. Istoty rzeczy.

Dwurnik był malarzem poważnym. Jak mówiono – uprawiał publicystykę malarską. To niezwykłe, że robił to zawsze wykorzystując ogromną skalę swojego talentu. Jego status można porównywać z Brueglem, na pierwszy rzut oka malarzem przystępnym, ale tworzącym obrazy niebywale złożone. Uważnym i skupionym w patrzeniu i reagowaniu na świat.
Legendarna była pracowitość Edwarda Dwurnika. Sam prowokacyjnie to podkreślał, stemplując niekiedy swoje prace „fabryka Dwurnika”. Był jednak „fabryką” jednoosobową, animowaną niewyobrażalną pasją tworzenia. Jak sam mówił, malarstwo było też tym, co go ocalało. To w malarstwie najpełniej wyrażał swoją reakcję na świat.
Nie oczekiwał na wenę, ale pracował: próbował dogonić moment, sytuację, temat. Był niestrudzony. „Tytan pracy”- mówiono. Niekiedy też narzekano, że za dużo maluje. Dziwny zarzut, którym z łatwością szafowano. Malarz, który za dużo maluje? Co na to powiedziałby Vincent Van Gogh, który w ciągu ostatnich dni życia w Auvers-sur-Oise namalował kilkadziesiąt obrazów? Z powtarzalności Edward Dwurnik znów zdołał zrobić atut. “…ja maluję ratusz poznański, kolumnę Zygmunta i Rynek Główny w Krakowie. To są moje tematy. Kocham je i będę malował do końca życia!” I malował, przekształcając powtarzalność w projekt konceptualny, w którym awangardowość w postrzeganiu funkcji sztuki zderzała się z rzemieślniczą rzetelnością. Czy nie był tym, który jak Warhol zdemokratyzował sztukę?
Od początku odnosił wielkie sukcesy. Został nagrodzony m.in.: Nagrodą Kulturalną “Solidarności” (1983), nagrodą Nouvelle Biennale de Paris (1985), nagrodą Olimpiady Sztuki w Seulu (1988), Nagrodą Fundacji Sztuki Współczesnej (1992) oraz nagrodą Fundacji Coutts & Co w Zurychu (1992).
Edward Dwurnik miał ogromną charyzmę. To w części tłumaczy także fenomen jego twórczości. Wielu go uwielbiało. Niektórzy krytykowali. On – był konsekwentny, ale i przewrotny. Powagę zmieniał w żart, a w tematach pozornie lekkich przemycał sprawy wielkiej wagi. Prowadził grę na swoich zasadach. Potrafił być bezkompromisowy. Potrafił też przyznać się do błędu. A to świadczy o prawdziwej wielkości.

O malarstwie Dwurnika napisano wiele. Od debiutu malarz stworzył kilkanaście cykli, w których ujęte są obrazy i gwasze. Jako jeden z nielicznych, jeszcze zza żelaznej kurtyny zdobył uznanie na świecie, między innymi na wystawie Documenta w Kassel.
Wciąż wracał do swoich najbardziej rozpoznawalnych tematów, cierpliwie i wielokrotnie malując Warszawę, Kraków, Poznań. I tulipany, setki tulipanów, pojedynczych i w szeregach. Ale także ludzi- czasem – właściwie najczęściej- z nutą prowokacji.
Obraz 6000 to właśnie jeden z późnych należy do cyku obrazów czarno- białych. Można odnieść wrażenie, że malarz wraca w nim do źródeł- do rysunku. To radykalne ograniczenie kolorystyki nabiera jeszcze dodatkowego znaczenia. Tak jakby czarno-biała paleta miała oznaczać także wygaszanie życiowej pasji, malarskiego wigoru. To przecież autentyczna pasja tworzenia była siłą dla życia.
Odszedł Artysta wybitny, Człowiek wielkiego talentu, siły i charyzmy, za którą skrywała się ogromna wrażliwość na świat. A także bezkompromisowa szczerość malarza.
Wspaniale było poznać Edwarda Dwurnika, rozmawiać, współpracować. 28 listopada 2018 smutna wiadomość o śmierci Artysty zastała mnie i moją mamę Katarzynę Napiórkowską w mieście Bruegla, w Brukseli. Pozostały dzieła Mistrza. W kolekcjach na całym świecie.

data publikacji: Marzec 11, 2019