Edward Dwurnik. Tematy.

Edward Dwurnik

Edward Dwurnik. Tematy.

„Edward Dwurnik (1943-2043)” -taką informację biograficzną podawał niekiedy na rewersach swoich prac na papierze.

To jeden z elementów artystycznej kreacji, życiorysu wpisanego w sztukę, żartobliwych gier z odbiorcami, ale i z losem.
Grę Dwurnik prowadził także ze swoją własną legendą.

Bo już za życia stał się legendą, artystą, który w pełni niezależnie i autonomicznie wyznaczał swoją drogę twórczą.

EDWARD DWURNIK 
Wystawa malarstwa

15- 30 listopada 2019

Galeria Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej
Warszawa, ul. Świętokrzyska 32

EDWARD DWURNIK (ur. 1943, zm. 2018)
Malarz, rysownik i grafik. Studiował w latach 1963-1970 na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w pracowni Krystyny Łady-Studnickiej. Przez 3 lata studiował rzeźbę. W 1992 roku został laureatem prestiżowej nagrody Fundacji Coutts & Co w Zurychu. Został nagrodzony m.in.: Nagrodą Kulturalną “Solidarności” (1983), Nouvelle Biennale de Paris (1985), nagrodą Olimpiady Sztuki w Seulu (1988) i Nagrodą Fundacji Sztuki Współczesnej (1992).
W 1965 roku rozpoczął niezależny od toku studiów cykl rysunków i akwarel, a od 1966 obrazów olejnych “Podróże autostopem” – charakterystyczne widoki miast z lotu ptaka (kontynuowany do dziś).
Poza malarstwem Dwurnik uprawia grafikę i rysunek (zarówno autonomiczne serie jak i ilustracje). Lubi projektować monumentalne kompozycje malarskie w przestrzeni publicznej. Stworzył rysunki i gwasze do filmów animowanych “Warzywniak,360 stopni” (2007r.) oraz “Oaza” (2009r.) w reżyserii Andrzeja Barańskiego. Powstalo kilka filmow dokumentalnych o tworczosci artysty, m.in: “Owoce Ziemi” (1977), “Portret z natury” (1984) i “Polska Nike” (1987) w rezyserii Andrzeja Szczygla oraz “Podroze Edwarda Dwurnika” (1995) Grazyny Banaszkiewicz. W 2011 roku powstal album ze wszystkimi reprodukcjami cyklu Sportowcy.
Prace w zbiorach: Albertina, Wiedeń; S.M.A.K. Stedelijk Museum voor Actuele Kunst, Gent, Belgia; Alvar Aalto Museum, Jyväskyla, Finlandia; Van Abbemuseum, Eindhoven, Holandia; Gemäldegalerie Neue Meister Albertinum, Drezno; Museum Junge Kunst, Frankfurt/Oder; Kunsthalle zu Kiel der Christian-Albrechts-Universitat, Kilonia; Museum Ludwig, Kolonia; Württembergischer Kunstverein, Stuttgart; Museum Villa Haiss, Zell a.H., Niemcy; Slovak National Gallery, Bratysława, Słowacja; Schaulager, Bazylea, Szwajcaria; Cleveland County Museum; Hirshhorn Museum and Sculpture Garden, Waszyngton, USA.

 

TEKST DR JUSTYNY NAPIÓRKOWSKIEJ

„Edward Dwurnik (1943-2043)” -taką informację biograficzną podawał niekiedy na rewersach swoich prac na papierze.
To jeden z elementów artystycznej kreacji, życiorysu wpisanego w sztukę, żartobliwych gier z odbiorcami, ale i z losem.
Grę Dwurnik prowadził także ze swoją własną legendą.
Bo już za życia stał się legendą, artystą, który w pełni niezależnie i autonomicznie wyznaczał swoją drogę twórczą.

Był wiecznym neofitą, z wielką gorliwością podchodzącym do pracy każdego dnia.
Widać było, że obrazy po prostu powstają, bo muszą. Dają ujście energii, która wraz
z talentem była wielkim fenomenem.
Był bardzo uważny w opisie rzeczywistości i niekiedy można odnieść wrażenie, że
dając obraz ogólny, nie chciał zrezygnować ze szczegółu. Stąd w obrazach z
przedstawieniami z lotu ptaka pojawia się pełna introspekcja, pozwalająca zobaczyć
życie we wszystkich aspektach. We wszystkich wymiarach. Obrazy stawały się
barwnymi opowieściami, o narracji, która prowadzić może wzrok jak w filmie, od
sceny do sceny. Był kronikarzem, który na własnych zasadach dokumentował
rzeczywistość przez innych ignorowaną. Albo inaczej, rzeczywistość domagała się od
niego dokumentowania, w całej swej chaotyczności, z której wychwytywał ważne
kadry.
„Sportowcy” i „Robotnicy” to szczególnie cenione cykle Edwarda Dwurnika. Nie
szukał motywów do obrazów, one bowiem po prostu były- wokół.
„Sportowcy to opowieść o życiu Polaka na wsi i w mieście w czasach komunizmu, za
żelazną kurtyną. Namalowałem jego codzienne życie, jak wstawał rano, jechał do
pracy, tam coś robił, jadł coś w przerwie, wracał do domu, umawiał się z kumplami,
palił papierosy, podrywał dziewczynę, pił, chorował, handlował, kombinował, jechał
na wczasy. Po prostu tak biednie żył w polskim pejzażu. Ci ludzie musieli przetrwać,
więc właściwie byli wyczynowcami, byli jak sportowcy.”-mówił. Tytuł cyklu odnosił zaś
do popularnych w PRL-u papierosów, „Sportów”. Stały się przyczynkiem do opisu
rzeczywistości na miarę Pietera Bruegla, który dokumentował XVI-wieczne życie
miast czy Jędrzeja Kitowicza, autora zabawnego, ale i porażającego „Opisu
obyczajów za panowania Augusta III”. „Sportowców malowałem w społecznej pustce,
szarości i beznadziei.”- dodawał Dwurnik. Nie ma wątpliwości, że do takiego tematu
skłaniał go patriotyzm i wrażliwość, po to, by beznadziei się nie poddać i nie stać jej
częścią.
Obrazy z cyklu „Sportowcy” stały się kultowe. Cykl „Robotnicy” zyskał miano
proroczego. Na pracach z wystawy „Warszawa” już w czerwcu 1981 roku pojawiły się
czołgi na ulicach miasta, zapowiadając wydarzenia z 13 grudnia. To historia, która w
jakiś sposób trwa, zamknięta w przeszłości, ale przywiązana do miejsc
przedstawionych na płótnach. To historia, która nie chce przeminąć, zostawiła
bowiem skazę na mieście i na jego codziennym życiu. Stąd może powracające

motywy w obrazach, które powstawały już w XXI wieku. Na przykład czołgi przed
fasadą Zamku Królewskiego w Warszawie.
Niektóre z motywów w malarstwie Dwurnika były komentarzem do natury wydarzeń,
które są po prostu powtarzalne. Jak wojna, która wydaje się – niestety- naturalnym
wymysłem ludzkości i z wielką uporczywością wciąż powraca w międzynarodowej
rzeczywistości. Na obrazach Dwurnik znów wyrażał to przewrotnie, prowokacyjnie :
„Nich żyje wojna!”- tytułował prace, komentując ludzką skłonność do konfliktu,
śmiercionośną zadziorność, manie, które budzą złe instynkty.
Na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych studiował na Wydziale Malarstwa u
profesora Eugeniusza Eibischa. Dostał się także na Wydział Rzeźby do profesora
Jerzego Jarnuszkiewicza. Jak mówił – znów prowokująco- to ze względu na piękne
dziewczyny, które tam studiowały. Niewątpliwie jednak wpisywało się to w
intensywność jego poszukiwań, w potrzebę pełnego samookreślenia siebie i swojej
drogi artystycznej. Dużo mówi o celach młodego malarza treść podania o
stypendium, które złożył na uczelni. W 1968 roku pisał: „Niedługo nie będzie
odrębnego życia dworcowego, peryferyjnego, małomiasteczkowego, nie będzie
knajp, kawiarni trzeciej kategorii. W takim razie nie będzie też człowieka znającego to
wszystko, nikt nie będzie się tym zajmował(…)”. Ten tekst stał się manifestem
realizowanym przez całe życie. Tematów jednak, wbrew wczesnym obawom, nie
brakowało.
Pełne samookreślenie nastąpiło w połowie lat 60-tych. Edward Dwurnik zobaczył
wtedy po raz pierwszy prace Nikifora Krynickiego. Najpierw w 1965 roku w Kielcach,
na wystawie. Dwa lata później spotkał Nikifora w Warszawie, gdzie ten naiwny
malarz, przywieziony na Akademię Sztuk Pięknych miał po prostu usiąść na
ławeczce, na dziedzińcu uczelni i zacząć malować.
Dwurnik niejednokrotnie mówił o tym, że to spotkanie było jak szok, iluminacja, która
wskazała mu drogę. Nikifor dał mu formę, podpowiedź jak budować obraz. Ale także
zainspirował go i wprowadził na drogę konsekwentnej, w jakiś sposób gorączkowej,
ale i cierpliwej pracy.
W 1967 roku odbyła się głośna  wystawa Nikifora w warszawskiej Zachęcie. Po raz
pierwszy w galerii  narodowej pokazano artystę naiwnego, krynickiego samouka, w
którym dostrzeżono geniusza. Rok później – nastąpiła seria przewrotów: Praska i
Paryska Wiosna, Polski Marzec. Dwurnik właśnie wtedy poszukiwał swojej drogi
twórczej, swojego języka, sposobu na przeniesienie do rzeczywistości trwałej
(utrwalonej), tego co widział, czego doświadczał.
Dwurnik ukształtował się zatem gdzieś pomiędzy studiami na Akademii i poza nią.
Młody, zbuntowany artysta zafascynował się Nikiforem, tak odcinając się od tego co
się wówczas w malarstwie było cenione. Nikifor, całkowicie zanurzony w swoim
świecie wzbudził w Dwurniku świadomość, która odtąd miała zaciążyć na jego
twórczości. Oto student ASP stał się już wówczas malarzem przekonanym co do
swoich celów, określonym i wyrazistym. 13 czerwca 1965 roku powstał „Rysunek
numer 1”. W ten sposób otwarty został cykl „Podróże autostopem”. Dwurnik odnalazł
swojego mistrza i ruszył z jego inspiracji w Polskę, żeby malować kolejne miasta.

Imponujące jest to odniesienie do Nikifora. Edward Dwurnik, jako młody malarz z
wykształceniem akademickim zachwycił się twórczością artysty "naiwnego"- jego
szczerością, poczuciem barw, malarską formą. Już to odniesienie sprawiło, że
Dwurnik był malarzem awangardowym. Odważnym. Autentycznym i wiernym sobie.
Zapatrzenie w Nikifora okazało się trwałe. W jego autentyczność, syntetyczność. W
naiwność, która oznaczała de facto klarowność i rzeczowość. Była w tym także
wiara we wspólnotę sztuki. Ta sama wiara we wspólną tożsamość sztuki ukazywała
się w późniejszym podjęciu idei Pollocka. W obrazach  „Pollockowskich” jak
amerykański malarz wylewał farbę na leżące płótno, ofiarował sobie chwile
wytchnienia od rygoru obrazów miast. Uwalniał "oczy", oddając płótno władaniu
przypadku.
Z pewnością Dwurnika ukształtowała  forma wypracowana przez Nikifora.
Umiejętność syntezy, do której zdolny był naiwny malarz pozostający przez całe
życie na progu własnego dzieciństwa. To, co u Nikifora najwybitniejsze, było
całkowicie samodzielne, nie wyuczone, ale intuicyjne. Kolor, który tak czuć mogli
mistrzowie weneccy i wielcy polscy koloryści, poddał się panowaniu krynickiego
samouka. To musiało zachwycić Dwurnika; spotkanie Nikifora było jakby dotknięciem
autentyczności. Istoty rzeczy.
Dwurnik był malarzem poważnym. Jak mówiono – uprawiał publicystykę malarską. To
niezwykłe, że robił to zawsze wykorzystując ogromną skalę swojego talentu. Jego
status można porównywać z Brueglem, na pierwszy rzut oka malarzem przystępnym,
ale tworzącym obrazy niebywale złożone. Uważnym i skupionym w patrzeniu i
reagowaniu na świat.
Legendarna była pracowitość Edwarda Dwurnika. Sam prowokacyjnie to podkreślał,
stemplując niekiedy swoje prace „fabryka Dwurnika”. Był jednak „fabryką”
jednoosobową, animowaną niewyobrażalną pasją tworzenia. Jak sam mówił,
malarstwo było też tym, co go ocalało. To w malarstwie najpełniej wyrażał swoją
reakcję na świat.
Nie oczekiwał na wenę, ale pracował: próbował dogonić moment, sytuację, temat.
Był niestrudzony. „Tytan pracy”- mówiono. Niekiedy też narzekano, że za dużo
maluje. Dziwny zarzut, którym z łatwością szafowano. Malarz, który za dużo maluje?
Co na to powiedziałby Vincent Van Gogh, który w ciągu ostatnich dni życia w Auvers-
sur-Oise namalował kilkadziesiąt obrazów? Z powtarzalności Edward Dwurnik znów
zdołał zrobić atut. "…ja maluję ratusz poznański, kolumnę Zygmunta i Rynek Główny
w Krakowie. To są moje tematy. Kocham je i będę malował do końca życia!" I
malował, przekształcając powtarzalność w projekt konceptualny, w którym
awangardowość w postrzeganiu funkcji sztuki zderzała się z rzemieślniczą
rzetelnością. Czy nie był tym, który jak Warhol zdemokratyzował sztukę?
Od początku odnosił wielkie sukcesy. Został nagrodzony m.in.: Nagrodą Kulturalną
"Solidarności" (1983), nagrodą Nouvelle Biennale de Paris (1985), nagrodą

Olimpiady Sztuki w Seulu (1988), Nagrodą Fundacji Sztuki Współczesnej (1992) oraz
nagrodą Fundacji Coutts & Co w Zurychu (1992).
Edward Dwurnik miał ogromną charyzmę. To w części tłumaczy także fenomen jego
twórczości. Wielu go uwielbiało. Niektórzy krytykowali. On – był konsekwentny, ale i
przewrotny. Powagę zmieniał w żart, a w tematach pozornie lekkich przemycał
sprawy wielkiej wagi. Prowadził grę na swoich zasadach. Potrafił być
bezkompromisowy. Potrafił też przyznać się do błędu. A to świadczy o prawdziwej
wielkości.
O malarstwie Dwurnika napisano wiele. Od debiutu malarz stworzył kilkanaście cykli,
w których ujęte są obrazy i gwasze. Jako jeden z nielicznych, jeszcze zza żelaznej
kurtyny zdobył uznanie na świecie, między innymi na wystawie Documenta w Kassel.
Wciąż wracał do swoich najbardziej rozpoznawalnych tematów, cierpliwie i
wielokrotnie malując Warszawę, Kraków, Poznań. I tulipany, setki tulipanów,
pojedynczych i w szeregach. Ale także ludzi- czasem – właściwie najczęściej- z nutą
prowokacji.
Obraz 6000 to właśnie jeden z późnych należy do cyku obrazów czarno- białych.
Można odnieść wrażenie, że malarz wraca w nim do źródeł- do rysunku. To
radykalne ograniczenie kolorystyki nabiera jeszcze dodatkowego znaczenia. Tak
jakby czarno-biała paleta miała oznaczać także wygaszanie życiowej pasji,
malarskiego wigoru. To przecież autentyczna pasja tworzenia była siłą dla życia.
Odszedł Artysta wybitny, Człowiek wielkiego talentu, siły i charyzmy, za którą
skrywała się ogromna wrażliwość na świat. A także bezkompromisowa szczerość
malarza.
Wspaniale było poznać Edwarda Dwurnika, rozmawiać, współpracować. 28
listopada 2018 smutna wiadomość o śmierci Artysty zastała mnie i moją mamę
Katarzynę Napiórkowską w mieście Bruegla, w Brukseli. Pozostały dzieła Mistrza. W
kolekcjach na całym świecie.

 

Galeria Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej
Warszawa- Bruksela

 

 

 

 

data publikacji: Wrzesień 10, 2019